RSS
czwartek, 21 listopada 2013

Ostatni dzień we Francji spędziliśmy znowu wypoczynkowo, podziwiając zwierzaki w ogrodzie zoologicznym w Sigean. Część zoo jest zorganizowana w fromie parku safari. Nigdy jeszcze w takim nie byliśmy, zatem dla każdego z nas było to fajne doświadczenie- zwłaszcza tam, gdzie po drodze przechadzały się niedźwiedzie czy gdzie obok naszego samochodu odpoczywały lwy. Ale także wtedy, gdy struś zaglądnął nam przez okno do samochodzu czy musieliśmy poczekać z dalszą jazdą aż przez szosę przejdzie stado zebr. Cudownie też było patrzeń na różowe flamingi i szare pelikany oraz gniazdujące tłumnie nasze poczciwe boćki- dla nas miastowych nawet bocian może być w pewnym sensie "egzotyczny". Zatem dziś bez spektakularnych wrażeń estetycznych- po prostu spacer po zoo:

21:12, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 listopada 2013

Już wspominałam na tym blogu, że klasztory, zwłaszcza te romańskie, są miejscami, które szczególnie lubię odwiedzać. W takich miejscach wyciszam się, nabieram dystansu do świata, a prostota romańskiej architektury dodatkowo koi moje zmysły, na co dzień bombardowane nadmiarem dźwięków i reklamowego chłamu. W moim osobistym rankingu numerem jeden wciąż pozostaje opactwo San Antimo w Toskanii, które odwiedziliśmy już chyba trzykrotnie. Ale i w Roussillon znaleźliśmy miejsca, które trafiły na moją top-listę.

Prieure de Serrabone- położony na północnym zboczu Pic du Canigou klasztor zdobyć nie jest łatwo. Prowadzi doń kręta wąska droga, dostarczająca wrażeń nie tylko estetycznych (widoki), ale też podnosząca poziom adrenaliny, zwłaszcza, gdy trzeba się jakoś minąć z samochodem jadącym z przeciwnego kierunku. Jadąc ma się wrażenie, że to już prawie koniec świata, że w tych rozległych górach i lasach zaraz się zgubimy i już nie wrócimy do cywilizacji. A jednak i tu znajdują się odważni, którzy zdecydowali się zbudować tu swoje domy:

Odważni i bardzo zdeterminowaniu musieli być też zakonnicy, którzy w tak trudno dostępnym miejscu założyli w XI wieku klasztor. Romańskie opactwo otacza ogród botaniczny, w którym rosną miejscowe zioła i kwiaty, uwijają się pszczoły i śpiewają ptaki:

Bryła kościoła jest bardzo prosta, surowa, z kwadratową wieżą i półkolistą absydą.

Wokół góry, czasem spowite w chmurach i rozległe lasy

W czasie naszej wizyty słyszeliśmy pomruki zbliżającej się burzy, zrobiło się chłodno i wietrznie i z obawą myślałam o powrotnej drodze serpentynami w strugach deszczu. Taka aura dodatkowo przydawała temu miejscu wrażenia niesamowitości. Ludzi tez nie było wielu, zaledwie kilka osób. A miejsce jest nie tylko niedostępne, ale też zupełnie niekomercyjne- przy kasie biletowej znajduje się co prawda niewielki sklepik, ale poza tym nie ma tu właściwie już nic- tylko stare mury i wspaniała przyroda. Zakonnicy niestety już dawno wyprowadzili się z tego klasztoru.
We wnętrzu kościoła niezwykła jest trybuna kanoników, z rzędami smukłych marmurowych kolumn, ozdobiona rzeźbami zwierząt, roślin i aniołów. Pieknym miejsce jest też zewnętrzny krużganek z widokiem na góry.

Klasztor Serrabone to miejsce magiczne, piękne, trochę na uboczu od głównych tras wycieczkowych. Dlatego zachęcam tych, którzy szukają ciszy i spokoju - wpadnijcie tu na chwilkę, jeśli będziecie przejeżdżać gdzieś obok. Naprawdę warto.

Drugim klasztorem, który tego dnia odwiedziliśmy było opactwo St-Michel-de-Cuxa w dolinie Tet. Założyli je benedyktyni w 878 roku i wkrótce stało się sławne zarówno we Francji jak i w Hiszpanii. Obecnie mnisi już tu nie mieszkają, a miejsce, chociaż  łatwiej dostępne od poprzedniego klasztoru, także było ciche i puste.

Po zakupieniu biletu (tu też jest mało komercyjnie, w kasie oprócz biletów zakupić można jedynie pocztówki, książki i lokalne sery) wchodzi się do najstarszej części, rotundy z centralną pojedynczą kolumną, leżącej pod właściwym kościołem:

Dalej przechodzi się przez podziemne, pięknie podświetlone korytarze

Wreszcie wchodzimy do właściwego kościoła, surowego wnętrza, w którym widać też wpływy architektury mozarabskiej

No i na koniec moje ulubione krużganki, z rzędem zgrabnych kolumienek. Ale zaraz, zaraz, czy ja tego już gdzieś na jakimś zdjęciu nie widziałam? Niby wszystkie krużganki są do siebie podobne, ale to nie o to tu chodzi. Ha, wiem- pomógł mi w tym przewodnik- zdjęcie z kolumienkami z St-Michel-de-Cuxa pokazywał mi mój Brat, próbując mi udowodnić, że w USA mają nie tylko te "młodsze" zabytki, ale nawet piękny romański klasztor! No cóż, po rewolucji francuskiej, gdy klasztorne budynki opuścili mnisi, wiele rzeźb i fragmentów klasztoru rozkradziono. Zginęły też kolumienki z krużganków, a odnalazł je amerykański artysta George Grey Bernard, wmurowane w okoliczne budynki. Wykupił je od właścicieli, a potem sprzedał Metropolitan Museum of Art, które odtworzyło romańskie opactwo na północnym Manhattanie- i tak oto zupełnie przypadkiem odnaleźliśmy źródło nowojorskiego Cloisters!

I to już cała fotoopowieść o przepięknych romańskich klasztorach w górach na granicy Francji i Hiszpanii. Nie udało nam się zwiedzić kolejnego, znajdującego się nieopodal St-Martin-du-Canigou. Zabrakło już czasu, skończyła się tez zabrana na wycieczkę żywność, zaś z niekomercyjnością odwiedzonych przez nas miejsc wiąże się też brak możliwości posilenia po drodze. Poza tym wspomniany klasztor St-Martin-du-Canigou jest najbardziej niedostępny, dotrzeć doń można jedynie piechotą lub samochodem terenowym. Tym bardziej kusi- może spróbujemy następnym razem, jeśli jeszcze kiedyś zawitamy w te strony....

20:15, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 listopada 2013

Miejsca tego nie znaleźliśmy w przewodniku. Na trop natrafiliśmy przypadkiem w recepcji naszego kempingu- ot nieduża ulotka, a na niej intrygujące zdjęcie. Udało nam się je zlokalizować, a nasz wierny GPSik doprowadził nas do miejscowości d'Ille-sur-Tet. Obok niej znajduje się pewna niewielka tajemnicza dolinka- bajkowe miejsce, które warto zobaczyć.
Zapraszam:

Te małe "koniczynki" to cienie biegających po powierzchni strumienia nartników.

Przy ścieżce jakiś miejscowy artysta ustawił swoje rzeźby z metalu- czarownice:

 

ptaszyska:

Były też inne dziwne stwory.

Wkrótce zobaczyliśmy pierwszy skalny komin:

Właśnie takie skalne iglice z piaskowca, wyglądające tak, jakby jakieś olbrzymie dziecko zrobiło je z mokrego piasku, były naszym celem. W niewielkiej dolince umiejscowiło się wiele podobnych skalnych "rzeźb", zachwycających, niezwykłych, kruchych, w kolorze złota i beżu. Ludzi tu niewiele, można zatem spokojnie usiąść i podziwiać te przyrodnicze niezwykłości, pospacerować i pobłądzić w skalnym labiryncie:

Wyprawa do dolinki iglic skalnych była częścią większej wycieczki w góry- czekały na nas tam jeszcze dwa piękne klasztory- a jak już wiecie także i z tego bloga, stare klasztory to jedne z naszych ulubionych miejsc. O wizycie w Prieure de Serrabona i Abbaye de St. Michel de Cuxa w kolejnym wpisie.

20:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 listopada 2013

Zwiedzanie Muzeum Dalego było zaplanowane już od paru lat, a konkretnie od naszych wakacji w Hiszpanii trzy lata temu. Wtedy odwiedziliśmy zamek w Pubol, który Dali podarował ukochanej Gali, nie udało nam się jednak dotrzeć do Figueres. Obiecałam sobie, że nadrobimy to przy okazji kolejnego pobytu w okolicy, a okazja ta nadarzyła się właśnie tego lata, albowiem nasz kemping od Figueres dzieło zaledwie 80 kilometrów.
Pojechaliśmy, udało nam się nawet zaparkować i odnaleźć drogę do Teatre-Museu Dali (wbrew pozorom nie potykaliśmy się o strzałki prowadzące do tej największej w okolicy atrakcji- być może miejscowi wyszli z założenia, że atrakcja jest tak ogromna, że jak magnes przyciąga turystów i nie trzeba ich dodatkowo naprowadzać). Po drodze minęliśmy pewien niezwykle udekorowany hotel:

A zaraz za nim zobaczyliśmy czerwony budynek z wielkimi białymi jajkami na dachu i szklaną kopułą, czyli Teatre-Museu Dali:

Na placyku przed głównym wejściem wiła się spora kolejeczka tych, którzy podobnie jak i my postanowili w tym dniu poobcować z surrealizmem. Na szczęście wciąż było przed sezonem i kolejeczka posuwała się do przodu całkiem żwawo- nie wiem, czy w innym czasie nie wymięklibyśmy i nie odpuścili stania w tłumie. Stojąc mogliśmy pokontemplować sztukę umiejscowioną za zewnątrz budynku:

Zaraz za kasami, na patio powitał nas Deszczowy Cadillac- po wrzuceniu monety przez chwilę nawet pada w nim deszcz:

Nie muszę dodawać, że Truśka zapragnęła wywołać deszcz w samochodzie co najmniej parę razy;-)
Tuż obok stoi totem z opon samochodowych, ozdobiony łodzią i parasolem:

Dali odbudował zniszczony podczas wojny budynek teatru, tworząc w nim labirynt pomieszczeń, ozdobionych rzeźbami i rysunkami.

Dłuższą chwilę spędziliśmy przez iluzjonistycznym malowidłem, usiłując zobaczyć w nim "drugie dno", czyli poza nagą postacią Gai, także twarz prezydenta Lincolna. Nie było to wcale łatwe, patrzeć należało z daleka, mrużąc odpowiednio oczy. Długo nie mogłam zobaczyć tego nieszczęsnego portretu, dostrzegłam go dopiero jak Ciech pokazał mi zdjęcie na ekranie aparatu- odpowiednio pomniejszony obraz odkrywał swoją tajemnicę:

Dość długo chodziliśmy od sali do sali (są ponumerowane, co znacznie ułatwia zwiedzanie i umożliwia nie przeoczenie żadnej atrakcji). Zobaczyliśmy pokój, który oglądany przez specjalną pomniejszającą soczewkę tworzy portret Mae West:

"Miękki autoportret z pieczonym boczkiem":

Słynne dalowskie Zegary, które zawsze przypominały mi rozrzucone naleśniki, a naprawdę noszą nazwę "Trwałość Pamięci":

I wiele innych dzieł, prawie każde zaskakujące, zatem nie było nudno:

Niektóre z tych rzeźb były ruchome i rozwijały się:

Między tymi dziełami znajduje się też grób ich twórcy, pochowanego tu na polecenie burmistrza Figueres, wbrew ostatniej woli Dalego, który pragnął spocząć obok Gali w krypcie w pałacu w Pubol i gdzie przygotował sobie nagrobek obok grobu ukochanej.

W aneksie muzeum jest jeszcze wystawa klejnotów, zaprojektowanych przez Dalego, o dziwacznych kształtach, wysadzanych szlachetnymi kamieniami.

Oko czasu:

Słoń w przestrzeni:

Zwiedzanie Teatre-Museu trwało ładnych parę godzin i zdążyliśmy porządnie zgłodnieć. Na szczęście knajpek jest w okolicy dostatek, wybraliśmy zatem jedną z miejscowymi specjałami i najedliśmy się po uszy:

Z nowymi siłami mogliśmy jeszcze chwilę pospacerować po całkiem ładnej starówce w Figueres:

Tutejsza Rambla:

i domy, które przy niej stoją:

oraz ławeczki;-)

23:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 października 2013

Ta wyprawa musiała kiedyś nastąpić- w końcu od dłuższego czasu Truśka jest fanką planszowej gry Carcassonne, my zresztą też. Zatem będąc tak blisko prawdziwej twierdzi nie mogliśmy do niej nie pojechać.
I znów mieliśmy szczęście z wyborem pory roku- nawet w czerwcu turystów było sporo, ale dało się spokojnie pospacerować pomiędzy obronnymi murami, zwiedzić książęcy zamek, bazylikę st-Nazaire i powłóczyć wąskimi uliczkami. To samo w szczycie turystycznego sezonu na pewno byłoby mniej przyjemne.

A wiało wtedy tak, że nawet długą spódnicę trzeba było mocno trzymać, coby nie pokazała zbyt wiele;-)

W tych wielkich bekach siedziały sobie żelki przeróżnych kształtów i smaków- marzenie żelkofana (którym szczęśliwie nie jestem, o wiele bardziej zachwycił mnie sklep z nugatami).

Carcassonne zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale tak naprawdę nie zachowało się ono do naszych czasów w obecnej postaci- zostało starannie zrekonstruowane, co podobno stało się powodem wielu kontrowersji. Byli tacy, którzy uważali, że nie powinno się go odbudowywać. Hmm, ma zatem ta katarska twierdza coś wspólnego z warszawską Starówką:-) A miasto, nawet zrekonstruowane, budzi prawdziwy podziw dla średniowiecznych inżynierów zajmujących się budową fortyfikacji. Otoczone podwójnym pierścieniem murów obronnych z wieloma basztami oraz fosą wydawało się nie do zdobycia. Dodatkowo zamek książęcy stanowił osobną twierdzę, z własną fosą, obronnym murem i pięcioma basztami.

Przy okazji wizyty w Carcassonne poznaliśmy historię katarów, czyli religijnej sekty, która w XIII w. powstała na tych terenach. Katarowie występowali przeciwko bogactwu i upadkowi obyczajów, co naturalnie nie mogło spodobać się ani rządzącym ani kościelnym hierarchom, którzy zorganizowali przeciwko nim krucjatę. Katarowie chronili się w niedostępnych zamkach, między innymi w Carcassonne, gdzie schronienia użyczył im Raymond-Roger Trencavel. Żałuję, że zabrakło nam czasu, aby chociaż z daleka zobaczyć niedostępny Peyrepertuse- kamienną twierdzę na poszarpanej skale 600 m n.p.m. Może następnym razem...

22:12, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013

Drugi kemping miał być nad morzem- żeby było bardziej wakacyjnie niż w górach, żeby Dzieć mógł się nacieszyć plażą i falami. Morze i owszem było- o takie:

Przez cały nasz pobyt fale nie pozwalały na wejście Truśki do wody. Nawet nasze chłopaki wymiękły, tak nimi rzucało.
Na plaży rosły kaktusy:

Przewidująca Matka zadbała jednak, żeby jakby co możliwości pływania nam nie zabrakło i wyszukała kemping z dużym kompleksem basenów z atrakcjami. Także tu w basenach woda była podgrzewana- jakiż to balsam na me nienawidzące zimnej wody ciało;-) Przydała się ta ocieplana woda nawet tak blisko granicy z Hiszpanią.

Z innych rozrywek- był fajny plac zabaw, na który chadzaliśmy wieczorami, obficie spryskani płynem odstraszającym komary. Był kompleks spa- z którego nie korzystaliśmy. Była siłownia- chłopaki może z raz się wybrały. Były oczywiście boiska. Były palmy, kaktusy, kwitnące oleandry. I całkiem bliziutko nasze preferowane góry- tym razem Pireneje. Oczywiście nie przepuściliśmy okazji ich odwiedzenia, tym bardziej, że znajdują się tam bardzo interesujące.... (no kto odgadnie?)- opactwa oczywiście! :-)

Czyli dla każdego coś miłego, a wieczorkiem relaks zgodnie z upodobaniami:

Truśka bajeczki

Chłopaki "Gra o tron"

P. winko i książka- niech was nie zwiedzie ta plastikowa i nic nie mówiąca butelka- nalewali do nich bardzo dobre wino z beczki w sklepiku z regionalnymi smakołykami tuż za bramą kempingu.

A na kolację- mule w sosie śmietanowym z ziołami lub serowym- w plastikowych pojemnikach, bo nas wynos:

Były pyszne, jakby się ktoś pytał i szybko zniknęły, chociaż porcje wydawały się ogromne. Plus świeża chrupiąca bagietka, jeszcze ciepła, sałatka z pomidorów i papryki, faszerowane czereśniowe papryczki i inne smakowitości ze wspomnianego już wyżej sklepiku, nowa dostawa wina, na deser arbuz z lodówki i czereśnie- ach, żyć nie umierać;-)
Ale w końcu wakacje są od tego, żeby sobie sprawiać przyjemność.

PS
No dobra, przyznam się- były też frytki- ale ja ich nie jadłam!

20:22, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 października 2013

Jakoś niezwykle szybko zleciał nam czas w Prowansalskich Alpach, zresztą tak naprawdę spędziliśmy tu zaledwie kilka dni. Inaczej to wygląda z perspektywy domu, w czasie planowania wyjazdu gdzie w połowie zimy, a inaczej na miejscu, gdy człowiek naocznie się przekonuje, jak wiele miejsc zostało jeszcze do zobaczenia.
Nieuchronnie nadszedł dzień wyjazdu i przenosin na kemping w Roussilon- odległość między kempingami wcale nie była mała, tym bardziej, że droga bynajmniej nie wiodła autostradą, lecz górami, z koniecznością pokonania po raz kolejny zakrętów ponad wąwozem Verdon. Ale najpierw był tradycyjny targ na ryneczku w Castellane- atrakcja niewątpliwa, w przeciwieństwie do targów, na jakich bywaliśmy we Włoszech zdecydowanie mniej (właściwie poza jednym straganem wcale) było tu chińskiego plastikowego badziewia i szmat. Zdecydowanie dominowały miejscowe produkty- zarówno te spożywcze, jak i tradycyjne prowansalskie tkaniny i oczywiście kosmetyki. Na każdym kroku natykaliśmy się na produkty z dodatkiem lawendy- lawendowy miód, lawendowe słodycze, lawendowe kosmetyki. A poza lawendą były cudowne dojrzewające wędliny, wspaniałe nugaty w kilkunastu smakach, pieczywo, kozie i owcze sery, tapenady i humusy, oliwki i marynowane warzywa, domowe wina i mnóstwo innych pyszności, którymi nas na każdym kroku częstowano. Żałowałam, że nie zabraliśmy aparatu, żeby te pachnące pyszności uwiecznić, mamy tylko jedno nędzne zdjątko z komórki:


Odwiedziliśmy tez miejscową wytwórnię lawendowego olejku i innych kosmetyków także z lawendy:

Po drodze wypatrywałam owych osławionych lawendowych pól, tym bardziej, że jechaliśmy przez płaskowyż Valensole, czyli jedno z głównych miejsc jej uprawy. Niestety przeżyłam wielki zawód- w czerwcu lawenda jeszcze nie kwitnie, zamiast fioletowych łanów oglądaliśmy kosmate zielone kępki- pachnące co prawda lawendą, ale jednak zielone. Na pocieszenie zostawały czerwone łany maków i malownicze miasteczka na wzgórzach.

Żeby dzień nie był tak całkiem stracony i spędzony tylko w samochodzie, zaplanowaliśmy zwiedzanie także po drodze- z wielu mijanych atrakcji wybraliśmy miasteczko Gordes i znajdującą się nieopodal Village des Bories. Nie starczyło czasu ani na Avignon ani na opactwo Senanque ani na kusząca mnie niezwykle Fontaine-de-Vaucluse- mam nadzieję, że kiedyś znowu odwiedzimy Prowansję i wybierzemy kemping bliżej Avignon.

Gordes- urokliwe miasteczko na wysokim wzgórzu pośród pól Luberon powstało już w czasach prehistorycznych. Potem miejsce to zamieszkiwali Rzymianie, a w średniowieczu zbudowano tu ufortyfikowana osadę. Jak w każdym starym miasteczku na wzgórzu główną atrakcję stanowi spacer wąskimi brukowanymi uliczkami, z możliwością pogapienia się na wystawy licznych sklepików z miejscowym rękodziełem. W centrum miejscowości stoi renesansowy zamek, który można zwiedzić wraz z muzeum malarstwa.

Prowansalskie borie to kamienne chatki przypominające igloo, wybudowane bez zaprawy. Pierwsze borie wznieśli w tej okolicy Ligurowie w epoce brązu, a użytkowano je aż do XVIIIw. Dziś na polach można znaleźć pojedyńczne borie, zaś w znajdującej się kilka kilometrów od Gordes Village des Bories zrekonstruowano około 20 takich domków. Można zobaczyć domek mieszkalny, piekarnię, zagrodę dla owiec, cysternę na wino.

W międzyczasie nastało już popołudnie i musieliśmy zakończyć zwiedzanie, żeby przed wieczorem dotrzeć na nasz drugi kemping w Torreilles, niedaleko granicy z Hiszpanią. Tym razem miały na nas czekać atrakcje w postaci morza i plaży.

 

16:20, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 października 2013

W czasie naszych wakacyjnych wojaży zawsze pozwalam rodzinie na jeden dzień odpoczynku- co bynajmniej nie oznacza nicnierobienia;-) Tym razem w ramach relaksu wysłaliśmy chłopaków na rafting rzeką Verdon. W Castellane jest mnóstwo agencji turystycznych oferujących rozmaite atrakcje, mniej lub bardziej podnoszące poziom adrenaliny-  można się zapisać na rafting (trasy są różnej długości), czyli spływać rzeką pontonami, można spływać na wielkich piankowych deskach, można spróbować canyoningu, czyli nie tylko spływać, ale tez spuszczać się na linach, złazić wodospadem itp, można skakać na bungee, wybrać się na górską wycieczkę, na wspinaczkę skałkową (a skałki owe już na zdjęciach widzieliście). Nie są to niestety atrakcje tanie, przynajmniej dla naszych złotówkowych portfeli, ale niech tam mają- spłynęli, zmarzli (bo woda w rwącej rzece bynajmniej ciepła nie jest, a spływ na pontonie nie gwarantuje, że się na owym pontonie pozostanie przez czas cały- na szczęście organizatorzy zapewniają pianki). Truś oczywiście tez pragnął podobnych wrażeń, niestety tak małych dzieci na rafting nie biorą (i na szczęście zarazem, przynajmniej łatwo było jej wytłumaczyć, że nie jest to tylko nasza decyzja, że nie popłynie z chłopakami).

Zatem najpierw był mały poranny smuteczek przy śniadaniu:

A potem zaczęły się atrakcyjki kempingowe- na początek pływanie chwiejną łódeczką po zażabionym i zamulonym stawku na miejscu:

Niee, P. bynajmniej nie zamierza palnąć dziewczynek wiosłem, on tylko stara się jakoś ową jednostką pływającą kierować;-)

O proszę, dal nawet Truście spróbować- wtedy kręcili się pięknie w kółeczko :-)))

Potem była gra w minigolfa- Truśka zapoznała koleżankę-równolatkę, jak się okazało również z Krakowa- świat jest jednak wcale nie taki duży!

Tor przeszkód wcale nie był taki prosty do pokonania:

Potem basen- basen to właściwie była atrakcja codzienna- w końcu po to wybieramy kempingi, na których można popływać w basenie, żeby czynić to każdego wakacyjnego dnia. Dla mnie na obu naszych tegorocznych kempingach była atrakcja dodatkowa- woda w basenach była podgrzewana- po prostu miód na moje serce, albowiem nienawidzę wchodzić do zimnej wody.

No a jeszcze bardziej potem pojechaliśmy zobaczyć, co czeka za zakrętem. Pamiętacie nasze zdjęcie na mostku, przed nami błękitna rzeka wpływa (właściwie to ona stamtąd wypływa, ale co tam) między skały. Słyszałam w sercu, jak mnie kusi, jak woła- "chodź, zobacz jak tam jest". P. chyba też słyszał podobne wezwanie, bo bez protestów przemierzył naszym wehikułem serpentyny wzdłuż kanionu rzeki Verdon (wspominałam, że tą atrakcję zaliczyliśmy kilkukrotnie).

I oto, co było za zakrętem:

Prawda, że pięknie? Na miejscu wygląda to oczywiście jeszcze wspanialej i żadne zdjęcie tego piękna oddać nie potrafi. Nie mieliśmy tylko szczęścia do dwóch rzeczy- słońce chowało nam się za chmurki i kanion był przez to bardziej mroczny, zaś woda szara, a nie turkusowa. No i łódka trafiła nam się harcore'owa- jak dojechaliśmy, to okazało się, że wszystkie zwyczajne kajaki są już wypożyczone i mieliśmy do wyboru rowerki wodne albo takie dziwne płaskodenne coś z jednostronnym wiosłem. Owo coś posiadało jeszcze dziurę w podłodze (zaplanowaną, nie usterkową), przez która wylewało się wodę po zakończonym pływaniu, a przez którą owa woda naturalnie wlewała się w trakcie owego pływania, zatem człowiek wkrótce siedział pupą w kałuży. Na szczęście było ciepło, zamiast bieliźnianych gatek mieliśmy stroje kąpielowe, nikt się zatem nie nabawił zapalenia pęcherza.

A tak wygląda z góry trasa naszego spływu:

Na koniec zostawiliśmy sobie jeszcze ponowne odwiedziny w Korytarzu Samsona- do tego miejsca właśnie dopłynęły pontonami nasze chłopaki, tu też zaczyna się wąwóz Verdon.

Tu zaczyna się pieszy szlak turystyczny nazwany drogą Martela- wiedzie on wąską ścieżką wzdłuż rzeki, a jak się ścieżka przestaje mieścić na skale to idzie się wykutymi w niej tunelami. Kiedyś bardzo bym chciała go przejść- może jak Truśka trochę podrośnie to się wybierzemy. Trasa zaplanowana jest na około 6 godzin, trzeba koniecznie zabrać ze sobą wodę, bo chociaż teoretycznie płynie ona wzdłuż całej drogi, to niekoniecznie jest dostępna. Niezbędną są latarki, bo w tunelach nie ma światła. No i nieprzemakalne buty, bo droga do suchych nie należy. Trzeba też uważać, żeby nie ulec wypadkowi, bo wezwanie pomocy może okazać się trudne- w kanionie nie wszędzie działają komórki. Brzmi fajnie,nieprawdaż?

Na koniec jeszcze tego wypoczynkowego dnia widok przypominającej zamczysko góry, którą mijaliśmy po drodze:

21:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 października 2013

Szukając pomysłu na kolejną ciekawą wycieczkę wynalazłam w przewodniku "pętelkę" po środkowym Var, w której jedną z polecanych atrakcji był cysterski klasztor Notre-Dame-du-Thoronet z XII wieku. A jak nie od dziś wiadomo średniowieczne i romańskie klasztory i kościoły to miejsca, które odwiedzam z wielką lubością;-)

Ale pierwszy przystanek wypadł nam w miejscowości Tourtour, leżącej na całkiem sporym i stromym wniesieniu (zatem znowu serpentyny!). Na głównym placyku w cieniu platanów posadowiły się kafejki. Wąskie uliczki z kolorowymi kamiennymi domkami zapraszają, żeby się po nich troszkę powłóczyć. Jest też, stojący trochę na uboczu, skromny kamienny kościółek. Osoby, które znają nas trochę dłużej z innych wakacyjnych blogów już wiedzą, że trafiliśmy do miejsca z gatunku tych, które "tygrysy lubią najbardziej";-)

Zatem zapraszam na krótki spacer po Tourtour:

Tych ptaszków sobie nie kupiłam i potem bardzo żałowałam, bo były niezwykle urokliwe i mogły zamieszkać na naszym balkonie.

Z Tourtour pojechaliśmy krętą wąską drogą wśród lasów i winnnic do Villecroze, gdzie skusiły nas, znajdujące się tu tufowe jaskinie, w których w XVI wieku miejscowy feudał urządził swoją rezydencję. Niestety, jaskinie w tym dniu były zamknięte, mogliśmy je tylko pooglądać z zewnątrz, co i tak robiło wrażenie.  Tym bardziej, że tuż obok spadał z góry piękny wodospad, a całość otaczał bardzo przyjemny niewielki park.

Kawałek dalej, niedaleko słynącej z ceramiki i szkliwionych kafli miejscowości Salernes mogliśmy podziwiać kolejny wodospad:

Następny przystanek to już opactwo cysterskie Notre-Dame-du-Thoronet. Jest ono jednym z trzech klasztorów cysterskich w Prowansji, a powstało w latach 1160-1175. Budynki z różowego kamienia w stylu romańskich zachwycają prostotą. Plusem niewątpliwym czerwca był brak tłumów, mogliśmy się zatem w spokoju delektować pięknem, ciszą i bzyczeniem pszczół.

To był już niestety ostatni przystanek w czasie naszej wycieczki- do Castellane mieliśmy ponad 100 kilometrów, co oznaczało około dwóch godzin jazdy, albowiem droga była kręta, wąska i nie pozwalała na rozwinięcie większych prędkości. Za to jadąc wolno można było podzwiać przepiękne widoki, których także i tu nie brakowało.

Jak już prawie "witaliśmy się z gąską" spotkała nas niespodziewanka- widocznie czerwiec jest miesiącem transhumancji- w pewnym momencie otoczyły nas owce przeprowadzane na inne pastwisko przez pasterzy w odblaskowych kamizelkach. Wraz z owcami dostojnie kroczyły też wielkorogie kozy. Samochody musiały grzecznie poczekać, aż stado przejdzie i zwolni nam drogę.

Z Castellane zdaje się nie mamy zbyt wielu zdjęć, a szkoda, bo to bardzo malownicze miasteczko. Dominuje nad nim wysoka stroma skała z wzniesioną na szczycie kaplicą- taki widok witał nasza każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy do miasteczka:

A przy okazji wyjeżdżania z cysterskiego klasztoru na główniejszą drogę psikusa zrobiły nam oba GPS (mieliśmy na wypadek wszelki dwa- jeden wbudowany na stałe w nasze autko, drugi "mobilny"). Oróż obie auciane "wróżki" zgodnie nakazały nam skręcić w dróżkę wąską i wyglądająca na polną. Poczatkowo im nie uwierzyliśmy i mysleliśmy, że może inny skręt w prawo mają na mysli, ale jak tylko pominęliśmy ową dróżkę polną oba chórkiem zakrzyknęły "zawróć, gdy tylko pojawi się taka możliwość" (w dwóch językach, bo auciany przemawia do nas po angielsku). Zatem zawróciliśmy, skręciliśmy posłusznie i jechaliśmy wśród pól uprawnych nie bardzo wiedząc, czy aby droga nie skończy się raptownie w szczerym polu i czy nie będziemy musieli kilku kilometrów przebyć na biegu wstecznym- zawrócenie naszym nieterenowym w końcu autem w grę nie wchodziło. Ale nie, droga nie tylko się nie skończyła, ale doprowadziła nas do wioseczki dechami zabitej, z kilku domków złożonej, pomiędzy którymi ledwie się nasz ford zmieścił. I jak się próbowaliśmy przbic na drugą stronę owej wioseczki, wylegli chyba wszyscy jej mieszkańcy (a wielu ich nie było skoro domków zaledwie parę), oczy na nas wybałuszyli, aż w końcu ktoś gromkim głosem zawołał- "ooo, Pologne!". Nieczęsto im się chyba zdarza, żeby turysta jakiś zabłąkał się do ich mieściny, zatem wzbudziliśmy sensację swoim przejazdem. Ostatecznie doporowadziły nas GPS do głównej drogi, ale dotąd nie możemy zrozumieć, dlaczego akurat tą opcję zgodnie wybrały- pewnie była najkrótsza, ale czy optymalna?- niekoniecznie. Zresztą taka to już GPS-owa tradycja w okolicy klasztorów- w zeszłym roku jadąc do Certosa di Pavia GPS obrał drogę pośród pól ryżowych, jechaliśmy właściwie groblą między uprawami ryżu i mogliśmy się naocznie przekonać, że rzeczywiście rośnie on we Włoszech;-)

22:57, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 października 2013

W czasie naszej drogi do Castellane, gdzieś w górach między Niceą a naszą miejscowością, natrafiliśmy na miejsca, które koniecznie chcieliśmy bliżej poznać nieco później. Bo w trakcie podróży trochę brakowało czasu, byliśmy już zmęczeni, głodni, a na dodatek goniła nas burza. Zatem parę dni później wybraliśmy się, aby spenetrować tą okolicę. 

Niezwykłe miejsca były dwa- to bliżej Castellane to wielka eko-farma, na której żyły sobie żubry (a może to były bizony?), daniele, jelenie, dziki, konie Przewalskiego i inne kopytne. Na wielkim terenie na płaskowyżu pasły się spokojnie, a my mogliśmy je podziwiać przez cienką siatkę. Wyobraźcie sobie sytuację, że jedziecie znużeni drogą, do celu podróży niby coraz bliżej, chociaż czujecie się powoli zagubieni w rozległych górach i nagle stajecie oko w oko z żubrem! Potem wydawało nam się, że być może coś nam się przywidziało i koniecznie musieliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście żubry mieszkają nieopodal.

Truś wypatruje:

I oto co widzi:

Można tu przyjechać, zanocować, wybrać na "safari" po farmie- niestety za ceny niekoniecznie przyjazne dla naszych portfeli. A wszystko to w takiej oto okolicy:

Pięknie, prawda?

Dalej było jeszcze piękniej- szosa wiła się pomiędzy skałami, wokół góry i przepaście- czyli widoki WOW!

No i wiła się ta szosa, niektórzy podziwiali widoki, niektórzy tradycyjnie jęczeli "tylko środkiem jedź proszę" (ruch w przeciwną stronę na szczęście nie był wielki), aż doprowadziła nas do drugiego miejsca, na które parę dni wcześniej zwróciliśmy uwagę- do maleńkiego miasteczka, które z góry wyglądało tak, jakby jego kamienne domki miały się za chwilkę rozlecieć, przycupniętego na zboczu góry, z ruinami zameczku, w które ktoś wkomponował bardziej współczesny domek:

Nad miasteczkiem ktoś umieścił taką oto "ławkę z widokiem", na której to ławce umieściłam się ja:

Dookoła skaliste zbocza (i nasze ukochane auteczko, niezawodne także w tych niełatwych warunkach):

W ruiny zamku wbudowany domek:

nad naszą głową przelatujący paralotniarze (swoją drogą warunki w tym rejonie mieli chyba idealne)

Ale na miasteczko chcieliśmy się tylko pogapić. Prawdziwym celem naszej wizyty w tym miejscu były takie oto malownicze ruiny, które skojarzyły nam się z wyprawą Hobbita i krasnoludów- w oślepiającym słońcu były tylko nie tak mroczne:

Fragmenty murów wyrastające ze skał, otoczone zielenią, dookoła pustka, oszałamiający zapach dzikich kwiatów i ziół, bzyczące owady, polatujące tu i ówdzie motyle- jak tu nie zatrzymać się na dłużej? Tośmy się zatrzymali:

Okazało się, że spacerujemy w miejscu, gdzie w drugiej połowie XIII wieku zbudowano kościół parafialny miejscowości Hautes Greolieres poświęcony św. Etienne. Sam kościółek zachował się zresztą w całości, niestety do środka nie można było wejść.





Nie wiemy, czy ruiny koło kościoła były fragmentami zamku czy może jakiegoś opactwa.

 

Tuż obok stała jeszcze kaplica St Petronille

Kwiaty też P. obfotografował- wstawię tylko jeden z miliona, bardzo podobny do storczyka i być może nim właśnie będący:

Dzień mijał sobie leniwie, wróciliśmy do auta i wyruszyliśmy w kierunku miasta opisanego już w przewodniku i, jak wieść gminna niosła, wartego koniecznie zwiedzenia. Pojechaliśmy zatem do Grasse. Wspaniałą malowniczą drogą wijącą się (a jakże!) zboczem góry. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem, dużo czasu zmarnowaliśmy szukając miejsca do zaparkowania naszej kolumbryny gdzieś na wąskich uliczkach starego miasta. Szczęśliwie udało nam się przycupnąć gdzieś przy obleśnym murze, śmierdzącym "wiadomoczym". I to niestety położyło się cieniem na nasze wspomnienia z miasta, które według przewodników pachnieć ma perfumami, a nie sikami. Bo przecież Grasse to miejsce, gdzie narodziła się sztuka wytwarzania perfum.

Z powodu późnej pory oraz pewnych trudności w zorientowaniu się w plątaninie wąskich uliczek nie zdążyliśmy odwiedzić żadnej perfumiarni. Za to mogliśmy się delektować nowymi smakami lodów-  na przykład różanymi i fiołkowymi- były przepyszne.

Ja zostałam jeszcze dopadnięta przez sprzedawcę aromatyzowanych win i poczęstowana kilkoma mocno zmrożonymi (tak mocno, że w butelkach pływały kawałeczki lodu)- różanym, truskawkowym, malinowym, melonowym i już nie pomnę jakim jeszcze. Wszystkie były tak pyszne, że mogłabym je pić codziennie i popaść w winny alkoholizm. Szczęśliwie ich cena nie pozwoliła nam na większe zapasy, chociaż z dwiema flaszeczkami (których potem pilnie strzegłam i z nikim się nimi nie dzieliłam) jednak powędrowaliśmy dalej. 

I teraz, moi Państwo, będą specjalne zdjęcia dla Batorysi- jak zobaczyliśmy witrynę sklepu Petit Fragonard od razu pomyśleliśmy o niej:

Szczęśliwie (dla naszego portfela) sklep był już zamknięty- chociaż pewnie bym nie poszalała, bo ceny i Mąż skutecznie by mi na to szaleństwo nie pozwoliły;-)

A co jeszcze w Grasse? 

Katedra Notre-Dame-du-Puy i jej otoczenie

Na tyłach katedry zaskoczenie- kierunkowskaz do miasta O. Tylko coś wierzyć mi się nie chce, żeby odległość wynosiła jedynie 1139 km (mapy google podają 1560)!

Taras widokowy na nowsza część Grasse:

I wąskie uliczki:

W Grasse spotkała nas też pewna niezwykła przygoda. Otóż zostałam z Truśką zaatakowana przez.... toaletę! Cóż, jako ludzie okazuje się jeszcze mało obyci w wielkim świecie publicznych szaletów nie wiedziałyśmy, że istnieją takie z automatyczną myjką i dezynfekcją i na wejście do nich należy poczekać, a nie wchodzić zaraz po osobie korzystającej w niej wcześniej. Truśka przebierała już kończynami, ja też marzyłam o skorzystaniu z ustronnego miejsca, zatem wparowałyśmy do toalety zaraz za osobą, która korzystała z niej przed nami. A kibelek, zgodnie z tym, jak go zaprogramowano, najpierw trysnął na nas ze ścian wodą, opłukując dokładnie podłogę i nasze odnóża, a potem jeszcze parsknął na nas środkiem dezynfekującym- nie muszę chyba dodawać, że Truśce całkowicie odechciało się sikać i uciekła z szaletu z wielkim krzykiem i nową toaletową traumą (pierwsza powstała, kiedy to kibelek na jakiejś stacji benzynowej postanowił spuścić wodę, gdy zasiadała nam nim Trusława).

23:45, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2